Polecane Strony:

kartkiswiateczne.com.pl - kartki swiateczne
jwbudownictwo.pl - budowa domów Katowice
nowydom.slask.pl - budowa domów małopolska
rolmasz-zary.pl - klucze warsztatowe
rol-bud.net - części do maszyn budowlanych
Zapraszamy.
A A A

Bratobójstwo

 

 

 

Bratobójstwo

Ani nam przez myśl nie przeszło wracać do tego miejsca rzeki Canadian, gdzie rozstał się z Indianami Jonatan Melton, byłaby to niepotrzebna strata czasu. Trzymaliśmy się raczej, o ile teren pozwalał, linii powietrznej do Albuquerque. W drodze nie przytrafiła się żadna, godna uwagi przygoda. Czwartego dnia wieczorem stanęliśmy u celu.
Miasto Albuquerque bierze swą nazwę od księcia Albuquerque, który był ongiś wicekrólem Meksyku. Albuquerque oznacza biały dąb — alba quercus. Miasto składa się właściwie z dwóch dzielnic, wcale do siebie niepodobnych, oddzielonych obszerną, niezabudowaną przestrzenią. Stara dzielnica hiszpańska zachowała w czystości dawny charakter kastylijski i nigdzie chyba nie przeciwstawia się tak wyraźnie współczesnemu amerykanizmowi. Nowe zaś Albuquerque ma wygląd zwykłych miast amerykańskich, wyrosłych jak grzyby po deszczu. Marne, niebrukowane ulice i zaułki z drewnianymi chodnikami dla przechodniów. Budynki drewniane, oblepione sklepami i szynkami wszelkiego rodzaju. Całe miasto leży na prawym brzegu Rio Grande del Norte, na lewym zaś wielka wieś Atrisco.
Można było nawet nie wiedzieć, że zbiegowie wyznaczyli sobie spotkanie w salonie Plenera, aby ich szukać nie w hiszpańskiej, lecz meksykańskiej dzielnicy. Nie uważaliśmy za właściwe od rani w trzech odwiedzić ów zakład. Zajechaliśmy do innego tzw. hotelu, który bynajmniej nie był godny tej nazwy. Zostałem tu wraz z Winnetou, Emery zaś pojechał wprost do Plenera. On najmniej ściągał na siebie uwagą. Poleciliśmy, aby nie narzucał się swą powierzchownością ale za to tym gorliwiej zasięgał języka.
Był już, jak rzekłem, wieczór, gdyśmy przyjechali. Znużeni podróżą, zamierzaliśmy się wcześnie położyć. Gdy, przy kolacji oznajmiłem to
posługaczowi, odezwał się:
— Bardzo niesłusznie gentlemans! Powiadam wam, że Albuquerque jest ponurym gniazdem i skoro się tu nastręcza sposobność, to należy z niej stanowczo skorzystać, zamiast się kłaść do łóżka.
— Cóż takiego? Jest pan wprost wzruszony, master!
— Bo też jest czym się wzruszać! Gdybyście tylko zobaczyli naszą Hiszpankę, sir!
— Widziałem już wiele Hiszpanek. Cóż to za jedna?
— Śpiewaczka. Powiadam panu, całe Albuquerque szaleje za nią. Chciała wystąpić tylko jeden raz, ale powodzenie było tak ogromne, że zdecydowała się dać jeszcze dwa wieczory.
— Jak się nazywa ta niezwykła śpiewaczka?
— Pajaro.
— Pięknie brzmiące nazwisko!
— Prawdziwe hiszpańskie. To rodowita Kastylijka, aczkolwiek nade wszystko lubi śpiewać niemieckie pieśni.
— Jak to? Hiszpanka, śpiewająca niemieckie pieśni?
— Tak. Czy to pana dziwi? Jeśli nie lubi pan pieśni niemieckich, to dlatego, że pan nie słyszał, jak śpiewa je seniora Marta Pajaro. A nawet warto również posłuchać jej brata skrzypka! Powiadam panu, że nie znam takiego drugiego wirtuoza, jak ten Francisco Pajaro!
— A więc Marta i Francisco Pajoro? zaciekawiłeś mnie pan naprawdę. Może się zdecyduję pójść ich posłuchać. Gdzie odbywa się koncert?
— W saloonie naprzeciwko. Bilety wszystkie rozprzedane, wykupione i rozchwytywane. Tylko ja mam jeszcze kilka. Miejsce kosztuje właściwie dolara — jak mi pan zapłaci dwa, to panu sprzedam.
— Ach, chce pan zarobić sto procent! Niech tam! Daj pan dwa bilety.
Czytelnik zapyta chyba, dlaczego kupiłem bilety, mimo podwójnej ceny? Z łatwo zrozumiałego powodu: Pajoro znaczy „ptak”, po niemiecku Vogel. Rodzeństwo miało imiona Marta i Franciszek. Lzyz mc nasuwali się na myśl moi starzy znajomi — rodacy, których sprawy spadkowe zagnały mnie i Winnetou do Egiptu i Tunisu, a teraz znów sprowadziły do Ameryki? Hiszpanka, śpiewająca pieśni niemieckie, — zjawisko nieco osobliwe. Raczej należało przypuścić, że śpiewaczka jest Niemką, że tu, w Nowym Meksyku przybrała nazwisko hiszpańskie. Podzieliłem się domysłami z Winnetou, który z miejsca zgodził się pójść na koncert. Do rozpoczęcia mieliśmy pół godziny, trzeba więc było się śpieszyć. Posługacz hotelowy nie skłamał, przynajmniej co się tyczy publiczności. Salonem była buda, sklecona z desek, tak wielka, że mogła
pomieścić sześćset osób, a jednak tylko nieliczne krzesła w ostatnich rzędach były wolne. Tam się usadowiliśmy.
Po kilku minutach wszystkie miejsca zostały zajęte. Przybywało jednak coraz więcej ludzi i zapełniało przejścia. Scenę stanowiło podium, na którym stał fortepian.
Niebawem wstąpili na podium oboje artyści. Tak, to byli oni, Franciszek Vogel i jego siostra. Franciszek trzymał skrzypce, ona zaś siadła do fortepianu. Zagrał jakiś brawurowy opus stwierdziłem w jego grze znaczne postępy. Martę widziałem z profilu. Rozwinęła się już całkowicie i wypiękniała. Cierpienia i troski ostatnich lat uduchowiły jej twarz i nacechowały piękne rysy bolesną powagę, która mnie przepełniła żałością Skończywszy pierwszy numer, oboje ukryli się za zasłoną.
Drugi numer był popisem Marty z akompaniamentem Franciszka. Śpiewała hiszpański romans, śpiewała tak pięknie, że musiała pieśń powtórzyć. Marta nie uciekała się do tanich efektów toaletowych, nosiła długą czarną suknię, wysoko zapiętą pod szyję. Jedyną ozdobą była róża we włosach. Rodzeństwo popisywało się na przemian lub razem.
Marta zaśpiewała dwie pieśni góralskie, hiszpańską serenadę, po czym nastąpiła wspaniała pieśń niemiecka: Widziałem cię raz tylko jeden.
Większość publiczności nie rozumiała tekstu, a jednak zabrzmiał tak huczny poklask, że budynek nieomal zatrząsł się w posadach. Śpiewaczka musiała bisować dwie strofy.
Winnetou oczywiście poznał Franciszka Vogla. Zapytał mnie:
— Czy mój brat nie pójdzie dowiedzieć się ich adresu? Musimy wszak z nimi pomówić.
Miał słuszność. Artyści występowali po raz ostatni. Być może, jutro już mieli odjechać. Trzeba się było z nimi porozumieć. Podniosłem się, by do nich podejść. Musiałem się przedzierać przez tłum widzów, skupionych w przejściu, czym zwróciłem na siebie uwagą. Nagle usłyszałem przerażony, cichy okrzyk:
— All devils! To Old Shatterhand!
Obejrzałem się i zobaczyłem dwóch osobników, noszących szerokie sombreros. Spod olbrzymich rond widać było tylko ciemne brody. Widząc, że ich obserwuję, odwrócili się w przeciwną stronę. To mnie zastanowiło. Niestety, głośno wymówione imię zwróciło na mnie mnóstwo spojrzeń. Mocno zażenowany, przedzierałem się dalej.
Artyści podczas pauz ukrywali się za zasłoną. Dotarłszy do niej, zapytałem po

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 32 Następna »